|
Gdyby do melodii Warsa dopiero teraz poeta Schlechter pisał słowa, zapewne byłyby one dokładnie takie same, jakie stworzył w okresie międzywojennym, a które znane są nam z piosenki „Tylko we Lwowie”. Motywy, np.: „I bogacz, i dziad tu są za pan brat i każdy ma uśmiech na twarzy…” lub, „Bo szkoda gadania, bo co chcesz, to mów – nie ma jak Lwów!”, a także pozostałe, wydają się być ponadczasowe i wiernie oddają „klimat Lwowa”.
Grupa rzemieślników, zrzeszonych w krośnieńskim Cechu Rzemiosł Różnych, w dniach 15 i 16 maja miała okazję poznać cząstkę Lwowa – niestety – zaledwie niewielką. Poznać? Na to potrzeba wiele, wiele czasu. Tego czasu, którym wycieczkowicze dysponowali, wystarczyło jednak na urzeczenie Lwowem. Tutaj jak najbardziej stosowny jest slogan – „tego się nie da opowiedzieć, to trzeba przeżyć”.
Rzemieślnicy do wspólnej wycieczki „podchodzili” od dawna, ale trudno było ją sfinalizować. Zintegrowane współdziałanie Zarządu oraz Biura Cechu okazało się skuteczne, a jego owocem okazało się zapełnienie listy uczestników, wśród których oprócz członków Cechu znalazło się również kilka osób sympatyzujących z rzemieślnikami.
Doskonały przewodnik – Jan Podolski z Przemyśla, posiadający nieprawdopodobnie wielką wiedzę i przekazujący ją naprawdę dobrą polszczyzną (urozmaicaną czasami okolicznościowymi „wstawkami” w języku rosyjskim lub ukraińskim), rozbudzał w uczestnikach wycieczki coraz to większy zachwyt i chęć dalszego poznania. Nikt nie odczuwał symptomów zmęczenia i nawet, wieńcząca pierwszy dzień pobytu na ukraińskiej ziemi, wspinaczka na lwowski Wysoki Zamek oraz Kopiec Unii Lubelskiej nie była trudnym wyzwaniem dla żądnych wiedzy oraz doznań estetycznych, wywołanych widokiem Lwowa z góry oraz krajobrazem daleko rozciągającym się poza miasto.
Świtem 15 maja 2007 autokar Biura Pielgrzymkowo-Turystycznego „CREDO”, (wirtuozersko kierowany nawet w niewyobrażalnie trudnych realiach lwowskich dróg,) zatrzymał się przed szlabanem odprawy granicznej w Medyce. Oczekiwanie, formalności paszportowe oraz narzekanie na opieszałość służb granicznych zajęły niecałą godzinę. Dało się wytrzymać.
Hura! Wita nas Ukraina. Pejzaż podobny do naszego; błękitne już niebo, zieleń drzew i gęstych krzewów, (skutecznie osłaniających drogę, wg jednych – przed zaspami w zimie, a wg innych – przed spojrzeniami ciekawskich), wcale niemałe stada bydła pasącego się na rozległych pastwiskach, pojedyncze osoby obrabiające motykami zagony położone niedaleko od zabudowań wiejskich osad, co jakiś czas ogromne obszary wzorowo(!) zagospodarowanych użytków rolnych, równo obsianych jakimś zbożem, czy kukurydzą, czasami jakieś stawy sprawiające wrażenie hodowlanych itd. Szokowały jednak kontrasty: zdewastowane zabudowania – ruiny dawnych koł…, czy sowchozów, a także popadające w ruinę domy oraz zabudowania gospodarskie, zapewne prywatne, miejscowej ludności, sąsiadują z okazałymi budowlami, znanymi z reklamowych folderów państw dobrobytu. Są już także „oazy” wysokiej kultury komunalnej. W przydrożnym, dorównującym europejskim standardom, motelu „Mirage” można skorzystać z …, wypić dobrą kawę, smacznie zjeść i do tego wszystko za niewygórowaną cenę. Żywimy nadzieję, że dalej też będzie podobnie. Mijamy Gródek Jagielloński i z narastającymi w nas emocjami oddalamy się od granicy. Za niedługo wita nas Lwów.
Jesteśmy przygotowani na złe drogi, na „swoistą demokrację” na nich, co znaczy, że każdy kierowca robi na nich to, co mu aktualnie pasuje, np.: parkuje na środku drogi, zawraca gdzie jest to zabronione, wyprzedza wbrew zakazom itp. W nieprzerwanym ciągu samochodów widoczne są bardzo stare moskviche, wołgi, zaporożce, ople, volkswageny, a nawet i nasze żuki, są też nasze maluchy. Kontrast, a właściwie normę stanowią najnowsze „max wypasy” modele merców, beemwiaków, renówek oraz wielu innych samochodów zachodnich i dalekowschodnich producentów, których marki nie sposób rozpoznać chociażby z uwagi na ich „kosmiczne” prędkości poruszania się po bardzo wyboistych, przeważnie brukowanych jeszcze przed wojną, lwowskich drogach. Z naszego wysokopodłogowego autokaru możemy jednak poznawać to, co zachowało się ze starego Lwowa oraz, co powstało w latach bliższych teraźniejszości. Szkoda, że trochę zbyt szybko wycieczkowicze – rzemieślnicy – przejechali obok zabytkowego Domu Rzemiosła, w którym wielu członków krośnieńskich cechów potwierdzało swój mistrzowski kunszt zawodowy i uzyskiwało tytuły mistrzów. Niektórzy z nich dostąpili nawet zaszczytu „zasiadania” w gronie egzaminatorów Obwodowej Komisji Egzaminacyjnej we Lwowie.
Pierwszy przystanek – katedra św. Jura. [Fot. – 1] Podniosłość miejsca, natłok informacji od przewodnika, doznania wzrokowe, porównania własnych wyobrażeń z realiami; na wszystko potrzeba czasu, aby na bieżąco to usystematyzować. Niestety, czasu na to brakuje. Czeka już Łyczaków.
Od samej bramy [Fot. – 2], jednej z największych w Europie nekropolii, mimo zemocjonowania wywołanego już samym wejściem na ten, jakże wiele znaczący dla nas, Polaków, skrawek ziemi, wszyscy przyjęli postawę pełną dostojeństwa i szacunku dla „materii oraz ducha” tego miejsca, uświęconego doczesnością i wieczystym spoczynkiem, a nade wszystko krwią różnych narodów. Jakże wspaniałe są tam pomniki kultury, wspaniałe dzieła artyzmu projektanta i rzemiosła wykonawcy, oddające ważne idee, pomniki wzlotów i upadków. W skupieniu i z szacunkiem pochylały się nasze głowy zarówno przed postaciami, znaczącymi dla polskiego narodu, jak i wielkimi innych narodowości, którzy kierowali się pobudkami, szlachetnymi ze swojego punktu widzenia. Wiele mogił bardzo bliskich nam postaci, a wśród nich: Konopnickiej, Zapolskiej, Bełzy oraz innych, oznaczonych zostało okolicznościowym epitafium od rzemieślników Cechu Rzemiosł Różnych w Krośnie. Na grobach i pomnikach zapłonęły znicze przywiezione przez rzemieślników z Krosna. [Fot. – 3, 4,]
Apogeum przeżyć na Łyczakowie to pobyt na Cmentarzu Orląt Lwowskich. Jakże marne były nasze odczucia doznawane przy kontemplacji tego miejsca z dala od niego. Widok tego skrawka ziemi w obecnej formie, [Fot. – 5] jego historia znana z przekazów medialnych, a przede wszystkim przekaz przewodnika, wywołują uścisk w gardle, a oczy wilgotnieją. Każdy Polak zapewne pragnie tutaj wyrazić głęboką wdzięczność tym, których nazwiska są znane i zostały umieszczone na tysiącach symbolicznych mogił oraz wszystkim bezimiennym, za ich poświęcenie własnego życia dla wartości według nich (i nie tylko według nich) jeszcze wyższej, tzn. dla Ojczyzny. Przed tymi znanymi oraz nieznanymi, z symbolicznej zbiorowej mogiły, pochyliły się głowy uczestników krośnieńskiej wycieczki i zapłonęły znicze obok okolicznościowego epitafium. [Fot. – 6, 6a, 7, 8]
Zanurzeni w historii narodu przemieściliśmy się do centrum starego Lwowa, aby tam poznać niektóre z obiektów ważnych dla społeczności miasta i kultury tak miasta, jak i kilku narodów – Polaków, Ukraińców, Żydów, Ormian i innych. Odwiedzono kilka zabytków sakralnych (np. katedrę ormiańską, katedrę Wniebowzięcia NMP, Kaplicę Boimów pw. Trójcy Świętej i Męki Pańskiej) oraz podziwiano zabytki lwowskiego rynku, np. ratusz [Fot. – 9] i na koniec lwowski teatr – operę [Fot. – 10]. Uczestnicy wycieczki utrwalali w swojej pamięci oraz na zdjęciach zabytkowe obiekty, dowody istnienia więzi narodowościowych, kulturowych i innych, rozwijających i utrwalających się na przestrzeni wielu wieków wspólnej historii.
Poznanie Lwowa i jego zabytków, po części z okien autokaru, a po części bezpośrednio, uczestnicy wycieczki „reasumowali” spoglądając na Lwów i okolice z Kopca Unii Lubelskiej na Wysokim Zamku. Z kopca, dzięki wspaniałej pogodzie, podziwiano widoki na poszczególne dzielnice i obiekty Lwowa, np.: Pohulankę, Zamarstynów, Kulparków, Łyczaków, Stryjski Park, dworzec kolejowy, cytadelę, budowle sakralne, i inne, a nawet dawało się dostrzec gołym okiem zarysy znacznie odległej Żółkwi. Mimo zmęczenia całodniowym trudem wycieczki, nikt nie miał ochoty rozstawać się z pięknymi widokami. [Fot. – 11, 12, 13]
Pierwszy dzień wycieczki zakończył wspólny posiłek w restauracji dobrego hotelu „Hetman” [Fot. – 14], po którym nadszedł czas na zasłużony odpoczynek i oddanie się w objęcia …. Morfeusza. Oczywiście sen poprzedziły indywidualne lub też spontaniczne, grupowe porządkowania wrażeń z dnia tak bogatego w przeżycia. Zapewne jedną z konkluzji było potwierdzenie tezy przywołanej we wstępie do relacji z wycieczki – widać we współczesnym Lwowie wiele osób opływających bogactwem, ale nie brakuje również biedoty, dziadów – zjadających, naprawdę z głodu i nędzy, to, co inni wrzucili do śmietnika. Zarówno bogaci jak i głodni nędzarze, czasami z niemowlęciem na ręku, twarze mieli rozpromienione uśmiechem, bez względu na to, czy dostrzegali nasz podziw, czy współczucie. Odnosi się wrażenie, ze w relacjach wzajemnych nie są zantagonizowani. Dla tych biednych – serca nasze i nasze portfele same się otwierały, natomiast nikomu nie przyszłoby do głowy nawet próbować się porównywać z bogatymi.. Zagłębiając się dalej w analizę doznań i spostrzeżeń, trzeba przyznać Schlechterowi, że pod każdym względem … „nie ma jak Lwów.”
Dzień drugi wspólnego poznawania dawnych rubieży Polski rozpoczęło wspólne śniadanie, które „doglądał gospodarskim okiem” sam Wiktor Juszczenko. Nie osobiście i nie na żywo on to czynił, ale z bogatego witraża w hotelowej restauracji i w towarzystwie dwu innych dostojników. Śniadanie było, więc, dobre i na miarę …
Szkoda było rozstawać się ze Lwowem, bo przecież tyle ważnych miejsc nie zdążyło się „zaliczyć” i utrwalić na osobistych „dyskach szarokomórkowych” oraz na kartach pamięci kompaktowych cyfrówek. Żal wyjeżdżać, ale każdy zapewne symboliczną kopiejkę gdzieś zostawił, wierząc, że wróci tutaj znów. Wróci, bo został „zaszczepiony” urokiem tego miasta i przekonał się, że „… nie ma jak Lwów”.
W drugim dniu poznajemy jeden z największych (co nie znaczy – najbogatszych itd.) kurortów dawnej i obecnej Europy – Truskawiec[Fot. – 15, 16, 17]. Pięknie położony, pachnący NAFTUSIĄ – najsłynniejszą w tym rejonie wodą mineralną, o bogatych i nadal nie do końca poznanych właściwościach leczniczych. Truskawiec szokuje nas kontrastami architektonicznymi, zachwyca klimatem (w podstawowym oraz przenośnym znaczeniu), a ponadto prowokuje do poważnych rozważań (ekonomicznych): jechać do sanatorium w Polsce z NFZ, czy – bez łaski NFZ-tu, na własny koszt przyjechać do Truskawca? Oj, wynik rozważań wydaje się oczywisty!
Nieopodal inne urzekające miejsce – Drohobycz, a w nim perełki architektury sakralnej: drewniana cerkiew św. Jura z przełomu XV i XVI wieku [Fot. – 18], Wielka Synagoga ( niestety, widziana tylko z oddali), kościół i klasztor Karmelitów oraz najcenniejszy w Drohobyczu zabytek – gotycka fara pod wezwaniem wniebowzięcia NMP, św. Krzyża i św. Bartłomieja, z „ręką, nogą i mózgiem na ścianie” [Fot. – 19], znanymi z powszechnego porzekadła. Oprócz sakralnych, są również inne miejsca, przy których zatrzymują się uczestnicy wycieczki i w zadumie oddają należną cześć, np.: dom Brunona Schulza (Leonarda Neugera) – autora m.in. Sklepów cynamonowych, z trójjęzyczną tablicą pamiątkową [Fot. – 20], przy której uczestnicy wycieczki umieścili okolicznościowe epitafium. Mocne wrażenie robi miejsce, w którym Brunon Schulc został zastrzelony przez gestapowca Günthera [Fot. – 21].
Po chwili odpoczynku na drohobyckim rynku, dalsza droga prowadzi, niestety, już w kierunku granicy. Z niedosytem, spowodowanym brakiem czasu, omijamy Sambor, aby niedługo później zatrzymać się w miejscowości Rudki. Jest w niej kościół parafialny pod wezwaniem św. Wojciecha z repliką cudownej ikony Matki Boskiej. Pod północną nawą kościoła znajduje się mauzoleum rodziny Fredrów, z najbardziej bliskim nam – Aleksandrem – włącznie [Fot. – 22]. Oczywiście, na sarkofagu autora „Zemsty” i wielu innych poważnych, a także i frywolnych, i nawet sprośnych utworów, rzemieślnicy zostawiają okolicznościowe epitafium od krośnieńskiego Cechu [Fot. – 23], a w kaplicy zapalają znicze.
Czas wycieczki właściwie dobiega końca. Jeszcze tylko krótka przerwa w podróży (również jak w drodze do Lwowa, przy motelu „Mirage”), a potem już tylko „rytualne” odczekanie przez ponad dwie godziny (nie wiadomo na co i po co?) na przejściu granicznym i ponownie przed uczestnikami wycieczki … „Piękna nasza Polska cała ….”
Piękna, bo naprawdę taka jest. Nie wiem jednak, czy nie będą naruszone jakieś konwenanse, jeżeli w kontekście tej relacji z „ekskursji”, konkluzją będzie dwuwiersz:
Piękna nasza Polska cała.
Szkoda, że tak wiele nam zmalała!
Krosno, dnia 19. 05. 2007 r.
Wszystkie w/w zdjęcia znajdziecie Pańśtwo w GALERI |